Riverside - Out Of Myself

Depresja, załamanie nerwowe, słabszy okres?  Każdy z nas niewątpliwie miał i będzie miał w swoim życiu gorsze chwile. „Out Of Myself” bez wątpienia właśnie owe chwile przypomina. Jak przystało na koncept album mamy tu zawartą historię która układa się w jedną całość. Album jest zarazem pierwszą częścią trylogii na którą składają się kolejne 2 albumy grupy. 

Obłędne koło losu, krążące nad nami niczym sęp. To najwłaściwsza refleksja która może nasunąć się po przesłuchaniu pierwszego numeru – The Same River.  12 minutowy utwór ociekający klimatem, pierwsza część to czyste instrumentalne arcydzieło, znakomity wokal Mariusza Dudy pojawia się dopiero w 2 części utworu.  Już tutaj nasuwają się na myśl lekkie skojarzenia z Pink Floyd. Zwłaszcza jeśli chodzi o budowanie klimatu i styl narracji. Przyznam zresztą że klimatycznie jest tu nieco podobnie do The Wall, bohater kreowany przez Riverside jednak nie do końca odcina się od świata, wręcz przeciwnie, chce wrócić do życia i podnieść się z dna. Nie jest to jednak łatwa droga.  Miejscami możemy zauważyć że podmiot  sam do końca nie potrafi określić czego chce, jest zagubiony w rzeczywistości która go otacza. Rzekę z pierwszego utworu można także interpretować jako „miłość” której bohater poszukuje, ale jednocześnie od niej ucieka, nie wiadomo dokładnie z jakiego powodu.  

Album został nagrany naprawdę doskonale, klimat wylewa się tu wiadrami, np. wstęp w „I Believe” zaczynający się od odgłosów wydawanych przez tłum ludzi, potem mamy krótki monolog i wchodzi gitara akustyczna zaczynając utwór.  Dużo tu melodii oraz melancholii które po prostu łapią za serce i przywołują różne wspomnienia.  Wielkie wrażenie robią zwłaszcza teksty, śmiało możemy utożsamiać się mimowolnie ze smutkiem i cierpieniem bohatera.  Nie wiem czy nie jest to jeden z najsmutniejszych albumów z jakimi miałem do czynienia. Na pewno pozostaje ogromna refleksja. 

Mamy tu także 2 kawałki instrumentalne przerywające historię  podczas których możemy zastanowić się spokojnie i przemyśleć pewne sprawy.  Do moich ulubionych kawałków należy „Loose Heart”, no po prostu te smyczki, ta solówka jest bezbłędna, do tego ten melodyjny tętniący od emocji wokal Mariusza.  Jak już wspomniałem podczas słuchania albumu często będzie nam w myślach latało Pink Floyd. Ale nie ma mowy o żadnym kopiowaniu, Riverside tworzą własny klimat i własną muzykę. Co ciekawe wokal Mariusza w kilku momentach zaskakuje, ale nie będę zdradzał szczegółów, najlepiej samemu to sprawdzić.  
Gdy już wciągniemy się na dobre w historię bohatera album się kończy niestety i to w sposób dość niejasny.  Zapewne miało to na celu utrzymanie ciekawości przed kolejną częścią trylogii. Nie dostajemy żadnych odpowiedzi,  w sumie nawet nie o to chodzi ważne są refleksje które album ma wywołać.

Co mnie napadło?
Nie mogę uwierzyć, ale twoje łzy są mi obojętne
Idę przez ciemność
Kolejny raz
Ale nie boję się już być sam

W mojej głowie jest smutek - ok
W mojej głowie jest mrok - ok
W mojej głowie krążą myśli - ok
Wszystko będzie... 


Bez dwóch zdań krążek ten można zaliczyć do czołówki muzyki progresywnej. Sporo tu ciekawych zagrywek, które z każdym przesłuchaniem albumu podobają się co raz bardziej. Album jest bardzo chwytliwy, dla mnie to żadna wada gdyż wszystko stoi na takim poziomie że trudno tu się do czegokolwiek doczepić. Polecam, zwłaszcza jeśli ktoś lubuje się w smutniejszych klimatach. Będzie co interpretować i o czym myśleć. Gwarantuję. 

A co o albumie napisał sam zespół? 

Wyobraźcie sobie również, że w tej historii nie istnieje happy end. Bo fakt, że wszyscy najbliżsi dookoła życzyli wam jak najlepiej i ogólnie "fajnie by było gdyby tym razem się udało", można sobie wsadzić głęboko. Znowu dostajecie od życia w mordę. Tym razem tak bardzo, aż zachłystujecie się własną krwią. Ponosicie klęskę po raz drugi. Klęskę sromotną i z hukiem. Klęskę, która zakrawa już nie tylko na kolejną depresję, ale raczej na jeden z tych momentów, kiedy to siedząc na podłodze z początkami choroby sierocej testujecie wzrokiem, czy stary poczciwy żyrandol nie oberwie się przypadkiem pod waszym ciężarem.
Wyobraźcie sobie na koniec, że nagle, ni stąd ni zowąd, całe to uczucie beznadziei i przygnębienia po prostu w was znika jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Tak zwyczajnie. Zupełnie jakby ta kolejna klęska zamiast was dobić - uzdrowiła. "Bach" i jesteście uwolnieni od tego "ja", które do tej pory nie pozwalało wam normalnie żyć. Czujecie, że jesteście w stanie zaakceptować swoje smutki i żale, i że w sumie może być wam z nimi całkiem dobrze. Czujecie, że nie straszne wam są kolejne porażki.
O tym jest ta płyta. O uwolnieniu się od swoich "czerni" i pogodzeniu się z nimi. O uwolnieniu się od siebie i... pogodzeniu się ze sobą. O czerpaniu siły z porażki. O zrozumieniu.


0 komentarze:

Prześlij komentarz