Omega Massif - Karpatia

0 komentarze
Niemcy z Omegi zaciekawili mnie już jakiś czas temu, miałem niegdyś okazję przesłuchać ich dość niezły split  z Mount Logan, dzwięki wyrzucane z głośników podeszły mi na tyle że postanowiłem w końcu sięgnąć po ich właściwą twórczość. Padło na ich drugi album długogrający - Karpatia. Oczywiście w drugiej kolejności zapoznałem się także z debiutanckim Geisterstadt.

O ile poprzedni album można traktować jako opowieść o spustoszonym, opuszczonym mieście, Karpatia zabiera słuchacza w całkiem inną podróż. Od pierwszych dzwięków otwierającej album Aury miałem wrażenie zapuszczania się w nieprzyjazne rejony gnijącego, ciemnego lasu nad którym unosiła się złowroga mgła, lub jakiegoś wyjątkowo lepkiego, obskurnego mokradła. Takich smaczków czeka nas więcej. Polecam przesłuchanie tego krążka w nocy, tworzy się bardzo specyficzny klimat. Tu i ówdzie czekają nas doomowe wolniejsze tempa i sabbathowe riffowanie, gdzieniegdzie podróż urozmaicają bardziej post-rockowe pejzaże z post-metalowymi ścianami dzwięku, wszystko jest zagrane bez zarzutu bez zbędnych sztuczek i zbytniego efekciarstwa. Chyba najlepszym określeniem dla tego albumu jest jednak klejący się od błota Sludge.Witaj w błotnistej Karpatii...

Całość wciąga, nie jest to album który możemy puścić w tle i zająć się przy okazji czymś innym, Karpatia pożera słuchacza tylko po to by go przerzuć i spokojnie wypluć. Podczas słuchania albumu często na myśl przychodziły mi kapele takie jak Black Sabbath, Electric Wizard czy nawet Eyehategod, mozna tu nawet doszukać się wpływów Cult of Luna czy Isis zwłaszcza jeśli chodzi o spokojniejsze partie.

Jeśli kiedykolwiek miałeś/łaś okazję przechodzić nocą przez las poczujesz się tu jak w domu, nie wiadomo co czeka za następnym krzakiem, czy to oczy lisa świecą się w ciemności, coś trzeszczy i pęka, to nasza noga złamała starą gałąz czy jakiś zwierz czai się w pobliżu? Mimo lekkiego niepokoju idziemy jednak dalej, podobnie jest z albumem. Jesteśmy ciekawi co się stanie dalej. Jaka będzie kulminacja tej niespokojnej wędrówki?

Godne polecenia dla miłośników wszelkich doomów i sludge'ów. Myślę że i miłośnicy post rocka znajdą tu dla siebie sporo ciekawych muzycznych doświadczeń vide Im Karst gdzie doomowe lepkie bagniste klimaty chwilowo ustępują miejsca nieco bardziej kosmicznym momentom a finał to po prostu poezja jakże piękna, dzika i niespokojna. Stwierdzę bez owijania w bawełnę że jest to jeden z lepszych albumów roku 2011. Czekam z niecierpliwością co pokażą nam Niemcy na następnym albumie, formę trzymają cholernie wysoką od debiutu. Zdaje się że poprzeczkę zarzucą jeszcze wyżej.  Pytanie tylko czy można jeszcze stworzyć coś bardziej klimatycznego, post-apokaliptycznego a jednocześnie brzmiącego tak dobrze oraz intrygująco? Oby.

Tymczasem widzę już wyłaniające się nad czarnym lasem góry i wschodzący powoli świt. Światło zbliżającego się dnia rozmywa wszelkie cienie. Pora zakończyć wędrówkę by wznowić ją kolejnej bezsennej nocy...  

 


We Made God - It's Getting Colder

0 komentarze
Z czym może kojarzyć się Islandia? Bjork, Sigur Rós? Mi zawsze kojarzyła się z piękną zorzą polarną, małymi domkami które gdzieś tam rozsypane są pomiędzy oszałamiającymi, surowymi pejzażami. Najlepsze moje skojarzenie to surowe, trochę dzikie piękno. We Made God to kolejna kapela z tego pięknego, magicznego wyspiarskiego kraju.

IGC to ich drugi album długogrający, debiut zrobił w pewnych kręgach sporą furorę. Myślę że nie inaczej jest i z nowym albumem długogrającym. Mamy tu oczywistą fuzję post rocka i post metalu okraszoną specyficznym wokalem. Stonowane partie często przechodzą tu w nieco hardcore'owe screamy. Klimat staje się gęstszy, nie zanudzimy się podczas obcowania z krążkiem.

Mamy tu 10 utworów, zaskakiwać może trochę długość utworów. Zwykle post rockowe, post metalowe kawałki raczą nas 8 - 11 minutami i natężeniem stopniowo zmierzającym do finału. WMG zastosowali jednak nieco inne podejście, podobnie jak w przypadku dzieł If These Trees Could Talk czy And So i Watch You From Afar robi się konkretnie od pierwszych dzwięków.

Klimat, klimat to chyba jedna z najważniejszych rzeczy w tego typu muzyce, jest solidnie, momentami naprawdę zimno ale i malowniczo zgodnie z tytułem i okładką. Oczywiście album niczym nie zaskakuje, jest solidnie zagrany, nie ma mowy o żadnej muzycznej rewolucji czy łamaniu gatunkowych stereotypów, mimo to konserwatywnie w żądnym wypadku jak już pisałem nie jest. Muszę wspomnieć tu o utworze Oh-Dae Su, kawał dobrej roboty, zwłaszcza pierwsze sekundy. Im dalej tym lepiej. Myślę że po album powinni sięgnąć fani Sigur Rós, bo cholernie czuć tu Islandzkie naleciałości mimo sporych różnić między obiema kapelami, można wyczuć nieco inspiracji chociażby w wokalu. Za sprawą muzyki można znalezc się na wzgórzu z topniejącym śniegiem gdzieś obok Reyikjaviku, a przed słuchaczem rozpościera się surowa panorama, gdzieś tam na tle nieskazitelnego niebieskiego nieba i zielonej trawy majaczy także tęcza. - Interlude i These Hours, Minutes and Seconds.

Jest to materiał z całą pewnością odpowiedni na tę porę roku, przynosi powiew Islandzkiej wiosny, bo jednak mimo wszystko wyczuwalna jest bardziej od surowej zimy, nie wiem czy takie było zamierzenie zespołu :). Jeśli ktoś szuka muzyki przy której można odpłynąć siedząc obok kominka, czy gdzieś w oknie ze słuchawkami na uszach, to jest to. Zdecydowanie nadaje się także na spacer po mieście, mimo iż mamy otoczenie bardziej jesienne niż zimowe. Jak widać Islandia to coś więcej niż Sigur Rós, ba jestem pewny że to nie jedyna kapela warta uwagi z tamtych rejonów. Album godny sprawdzenia, chociażby ze względu na sam klimat.

       

Mogwai - Earth Division [EP]

0 komentarze

Nowa epka panów z Mogwai zaskakuje. I to bez dwóch zdań. Pierwszy utwór Get To France drażni nasze zmysły fortepianem i sekcją jakże urzekających smyczków. Kto by się spodziewał takich klimatów? Zwłaszcza po ostatnim albumie długogrającym - Hardcore Will Never Die But You Will.

Hound of Winter, tutaj uświadczymy nawet wokalu. Wspaniały melancholijny kawałek ociekający klimatem. Bardzo przyjemnie działa na zmysły. Można zatopić się we własnych myślach. Dużo refleksji mnie nachodzi słuchając tej Epki, nie wiem czy takie było założenie, ale dla mnie osobiście efekt satysfakcjonujący. Jest pięknie, w dali słychać jakby wiosenne echa i światła igrające z koronami drzew.

Drunk and Crazy wprowadza nieco inną estetykę, bardziej typową dla albumów Mogwai, robi się już bardziej Post-Rockowo i niespokojnie. Melancholia zostaje zastąpiona niepokojem. Aż do pewnego momentu,cień rozjaśniają ponownie smyczki. Niepokój odchodzi, powraca leniwa błogość.  Ale to finał jest fenomenalny i przejmujący. Melancholia i niepokój stapiają się w jedno, doskonale ze sobą współgrając, tworząc jeden organizm, jedno ciało, pozostaje smutek.

Does This Always Happen? - Są pytania retoryczne na które nie należy odpowiadać. Tak jest i w tym przypadku. Moje jedyne odczucia podczas obcowania z tym utworem to ulga, jest jednak mały promyk nadziei, mimo wyczuwalnej beznadziejności.

Jest to piękny chociaż bardzo krótki mini album. Smakuje niczym najsłodszy deser w małej porcji. Podniebienie odczuwa rozkosz, ale pozostaje niedosyt. Deser się skończył nim na dobre zasmakowaliśmy jego delikatności. Polecam, zwłaszcza jeśli ktoś potrzebuje szybkiego oderwania od rzeczywistości i poszperania we własnych myślach. Parę refleksji też zostanie.

Tides From Nebula - Earthshine

0 komentarze
Nasz jedyny post-rockowy towar eksportowy. Już pierwszy album, wydany w 2009 roku - Aura, zapewnił im status jednego z najciekawszych młodych zespołów polskiej sceny muzycznej. Bezkompromisowa muzyka która posiadała duszę oraz swoiste piękno. Takiego zespołu nam w Polsce brakowało zdecydowanie. Oto najnowsze dzieło grupy - Earthshine.

Producentem albumu został sam Zbigniew Preisner, może to już świadczyć o gwarancji jakości nagrania. Bo od strony technicznej faktycznie jest idealnie. Skupmy się jednak na muzyce. Jest to album inny niż Aura, bardziej stonowany. Agresywne ściany gitar poszły tu nieco w odstawkę. Na pierwszy plan wysuwają się delikatne melodyjne pasaże igrające ze słuchaczem. Co nie znaczy że nie uświadczymy tu i bardziej agresywnych momentów. Wszystko jednak skomponowane jest bardziej "naturalnie" niż na poprzedniczce. Także brzmienie poszło znacznie do przodu.

Jednym z najlepszych utworów na Earthshine z całą pewnością jest The Fall of Leviathan, jeśli ktoś chciałby sprawdzić z czym mamy do czynienia, polecam zacząć właśnie od owego numeru. Klimatycznie także mamy tu wielki progres. Tym razem wyobraznia podsuwa nam wielkie kosmiczne przestrzenie, płonące komety i czarne zimne przestworza. Jest o wiele "zimniej" niż na Aurze. Nie ma co ukrywać że jest to o wiele smutniejszy album, ale i o wiele bardziej "prawdziwy i szczery". Premiera albumu miała miejsce w nieco niefortunnym czasie, jest to materiał typowo jesienny, myślę że nie ma jednak po co szukać dziury w całym.

Same kompozycje także są nieco bardziej rozbudowane, widać że materiał jest przemyślany i jednolity. Wszystko trzyma się całości. Niektórzy mogą narzekać na monotonię, inni na to że album jest zbyt "stonowany". Nie zgodzę się, celem artysty jest ciągłe poszukiwanie siebie oraz formy. Panowie z Tides From Nebula ciągle rozwijają skrzydła, udowodnili że mają na siebie pomysł, nie są kolejną kopią zagranicznych post-rockowych zespołów, chociaż nadal nie uda się uniknąć porównań z Explosions in The Sky czy God is an Astronaut, to jednak wyrabiają swój styl i myślę że najlepsze dzieła jeszcze przed nimi. Album zdecydowanie warty przesłuchania, zwłaszcza dla miłośników podróży w "muzyczne pejzaże". Mam nadzieję że niedługo uda mi się zobaczyć ich na żywo. Jestem pewny że będzie to niesamowicie intensywne doznanie.
Mam nadzieję że drogą utorowaną przez TFN pójdą następne kapele grające klimatyczną muzykę. Jestem przekonany że gdzieś tam są ogromne talenty które bez wstydu możemy "eksportować" za granicę. A przy okazji poszerzyć gusta rodaków.  


                                                                         

Trochę wakacyjnego klimatu

0 komentarze
Ostatnio nie mam humoru na zajęcie się czymkolwiek, czas jednak dołożyć kolejną cegiełkę w tej mojej małej muzycznej przestrzeni. Skoro są wakacje to myślę że połączenie alternatywnego rocka i stonera w wydaniu austriackim będzie jak najbardziej pasowało. Co ciekawe na wokalu mamy panią. Jeśli komuś przypada do gustu chociażby Queens of The Stone Age z albumu Rated R, to Sahara Surfers też powinna mu podejść. Zespół jak na razie wydał tylko jedną epkę która jest mocno średnia, ale to bardzo przyjemny materiał właśnie na wakacyjne chwile. Potencjał myślę jest.


http://www.myspace.com/saharasurfers
W przeciągu 2 - 4 dni powinienem zająć się czymś konkretniejszym. :) Możliwy mały poślizg gdyż jak już pisałem mam złe dni ostatnio, ale powinienem się zmotywować. Pozdrawiam.

Isis - Panopticon

0 komentarze

Isis jest jednym z tych zespołów które zdobyły uznanie własną ciężką pracą, świetnymi albumami oraz niezwykle klimatycznymi koncertami. Trudno zaprzeczyć że odmienili oni oblicze muzyki metalowej, chociaż nawet samo przypięcie zespołowi jakiejkolwiek łatki może mijać się z celem.  Nie uświadczymy tu żadnych rozdmuchanych popisów, muzyka Isis to coś więcej. Nawet łatka post-metalu może być krzywdząca, z całą pewnością dużo tu eksperymentów oraz czerpania garściami z ambientu, sludge’a czy post-rocka.  Niezwykły ciężar, instrumentalne pasaże, długie rozbudowane utwory w których każdy dzwięk ma swoje miejsce.  Wszystko to pozostaje w głowie na długo. 

Panopticon to obok  oscylującego wokół morskiej tematyki Oceanic najmocniejsza pozycja w dorobku grupy.  Sam koncept jest niezwykle trudny w odbiorze ale zarazem genialny, wyobrazmy sobie więzienie w którym więzniowie są poddawani ciągłym obserwacją, nie wiadomo jednak dokładnie przez co lub przez kogo, czy jest to siła wyższa, lub osoba.  Wszystko to bez wątpienia odnosi się także do obecnego  modelu społeczeństwa. Wyrazną inspiracją dla Aarona Turnera bez wątpienia był Jeremy Bentham ze swoją wizją „więzienia idealnego” oraz Michael Foucalt i jego słynny esej.
Album jest jednolity, poszczególne utwory tworzą jedną całość. Jak przystało na Isis główną rolę odgrywa tu klimat, atmosfera jest jednak nieco mniej przytłaczająca niż w wymienionym już Oceanic. Można nawet dojść do wniosku że gdzieniegdzie pada trochę światła i nadziei. Cały klimat budowany jest na ciężkich riffach które momentami cichną by zaraz znowu uderzyć  w nas ciężarem, utwory są dosyć przytłaczające, skupiają na sobie całą uwagę słuchacza, mimo „skupionych gitar” brzmienie jest dość uwypuklone także bez problemu słyszymy każdy instrument. Nie jest to łatwa muzyka, wymaga nieco cierpliwości oraz zrozumienia. Ale warto wsłuchać się w nią z uwagą, nagroda w postaci satysfakcji jest ogromna.  Zwłaszcza gdy pozwolimy by klimat nas „przeżuł i wypluł”

Wokal jest tu instrumentem pobocznym, ale nie można go nazwać ozdobnikiem gdyż dużą rolę odgrywają  także teksty. Czysty wokal Turnera zostaje tu często łamany przez krzyki oraz dość specyficzny Growl. Osobiście przypomina mi to wzajemną grę światła i mroku, jest to jednak zabieg niezwykle oszczędny, wszystko to sprawia że album jest jeszcze bardziej emocjonalny, nagrany z precyzją chirurgiczną. Skalpel Isis tnie ostro i głęboko. Bez dwóch zdań jest to dzieło „otwarte”, tajemnicze oraz z drugim dnem, podczas każdego odsłuchania możemy doszukać się czegoś nowego.  Album pozostawia nas z tym wszystkim, żadnych podpowiedzi nie uświadczymy. 

Dramaturgia albumu na pewno nie pozostawi nikogo obojętnym. Myślę że nawet niemożliwe jest przejście obok tego albumu bez jakiejkolwiek reakcji. Polecam przesłuchanie owego krążka ze słuchawkami na uszach w ciemnym pokoju, lub przy małej lampce, niezwykle klimatycznie jest także oddanie się Panopticon gdy nastaje świt. Godzinna huśtawka klimatu, złowrogiej aury oraz promyczków światła gwarantowana. Album idealny.  





Holy Tears

0 komentarze
Oto zajawka dotycząca kolejnego artysty. Tak w następnej kolejności zajmę się jednym z albumów ISIS, nie zdecydowałem jeszcze którym. Co wypada o nich wiedzieć? Przede wszystkim cholernie inteligentne teksty, liczne nawiązania filozoficzne, miażdżący klimat, jedyny w swoim rodzaju bezkompromisowy styl. O ich artyzmie niech świadczy fakt że rozwiązali w ubiegłym roku zespół u szczytu popularności z powodu, "osiągnięcia zamierzonych celów muzycznych". Panowie są także jednymi z ojców chrzestnych nowego gatunku muzycznego - Post-Metalu.


Nie warto więcej pisać. Oto jeden z ich utworów. Warto za to jak najbardziej zabrać się z nimi w muzyczną podróż. Bo potem nic już nie będzie wyglądało tak samo. To jeden z zespołów które odmieniły XXI wiek.




       
                                  TEKST
The walls may shift, slow descent chills the bones

His way may be lost, still he carries on

Always reaching for her, always breathing for her
Lifting his hands to the sky
So she might rain holy tears upon his battered skull

Holy tears

Her form transformed from ash to golden throne