Tides From Nebula - Earthshine

0 komentarze
Nasz jedyny post-rockowy towar eksportowy. Już pierwszy album, wydany w 2009 roku - Aura, zapewnił im status jednego z najciekawszych młodych zespołów polskiej sceny muzycznej. Bezkompromisowa muzyka która posiadała duszę oraz swoiste piękno. Takiego zespołu nam w Polsce brakowało zdecydowanie. Oto najnowsze dzieło grupy - Earthshine.

Producentem albumu został sam Zbigniew Preisner, może to już świadczyć o gwarancji jakości nagrania. Bo od strony technicznej faktycznie jest idealnie. Skupmy się jednak na muzyce. Jest to album inny niż Aura, bardziej stonowany. Agresywne ściany gitar poszły tu nieco w odstawkę. Na pierwszy plan wysuwają się delikatne melodyjne pasaże igrające ze słuchaczem. Co nie znaczy że nie uświadczymy tu i bardziej agresywnych momentów. Wszystko jednak skomponowane jest bardziej "naturalnie" niż na poprzedniczce. Także brzmienie poszło znacznie do przodu.

Jednym z najlepszych utworów na Earthshine z całą pewnością jest The Fall of Leviathan, jeśli ktoś chciałby sprawdzić z czym mamy do czynienia, polecam zacząć właśnie od owego numeru. Klimatycznie także mamy tu wielki progres. Tym razem wyobraznia podsuwa nam wielkie kosmiczne przestrzenie, płonące komety i czarne zimne przestworza. Jest o wiele "zimniej" niż na Aurze. Nie ma co ukrywać że jest to o wiele smutniejszy album, ale i o wiele bardziej "prawdziwy i szczery". Premiera albumu miała miejsce w nieco niefortunnym czasie, jest to materiał typowo jesienny, myślę że nie ma jednak po co szukać dziury w całym.

Same kompozycje także są nieco bardziej rozbudowane, widać że materiał jest przemyślany i jednolity. Wszystko trzyma się całości. Niektórzy mogą narzekać na monotonię, inni na to że album jest zbyt "stonowany". Nie zgodzę się, celem artysty jest ciągłe poszukiwanie siebie oraz formy. Panowie z Tides From Nebula ciągle rozwijają skrzydła, udowodnili że mają na siebie pomysł, nie są kolejną kopią zagranicznych post-rockowych zespołów, chociaż nadal nie uda się uniknąć porównań z Explosions in The Sky czy God is an Astronaut, to jednak wyrabiają swój styl i myślę że najlepsze dzieła jeszcze przed nimi. Album zdecydowanie warty przesłuchania, zwłaszcza dla miłośników podróży w "muzyczne pejzaże". Mam nadzieję że niedługo uda mi się zobaczyć ich na żywo. Jestem pewny że będzie to niesamowicie intensywne doznanie.
Mam nadzieję że drogą utorowaną przez TFN pójdą następne kapele grające klimatyczną muzykę. Jestem przekonany że gdzieś tam są ogromne talenty które bez wstydu możemy "eksportować" za granicę. A przy okazji poszerzyć gusta rodaków.