Trochę wakacyjnego klimatu

0 komentarze
Ostatnio nie mam humoru na zajęcie się czymkolwiek, czas jednak dołożyć kolejną cegiełkę w tej mojej małej muzycznej przestrzeni. Skoro są wakacje to myślę że połączenie alternatywnego rocka i stonera w wydaniu austriackim będzie jak najbardziej pasowało. Co ciekawe na wokalu mamy panią. Jeśli komuś przypada do gustu chociażby Queens of The Stone Age z albumu Rated R, to Sahara Surfers też powinna mu podejść. Zespół jak na razie wydał tylko jedną epkę która jest mocno średnia, ale to bardzo przyjemny materiał właśnie na wakacyjne chwile. Potencjał myślę jest.


http://www.myspace.com/saharasurfers
W przeciągu 2 - 4 dni powinienem zająć się czymś konkretniejszym. :) Możliwy mały poślizg gdyż jak już pisałem mam złe dni ostatnio, ale powinienem się zmotywować. Pozdrawiam.

Isis - Panopticon

0 komentarze

Isis jest jednym z tych zespołów które zdobyły uznanie własną ciężką pracą, świetnymi albumami oraz niezwykle klimatycznymi koncertami. Trudno zaprzeczyć że odmienili oni oblicze muzyki metalowej, chociaż nawet samo przypięcie zespołowi jakiejkolwiek łatki może mijać się z celem.  Nie uświadczymy tu żadnych rozdmuchanych popisów, muzyka Isis to coś więcej. Nawet łatka post-metalu może być krzywdząca, z całą pewnością dużo tu eksperymentów oraz czerpania garściami z ambientu, sludge’a czy post-rocka.  Niezwykły ciężar, instrumentalne pasaże, długie rozbudowane utwory w których każdy dzwięk ma swoje miejsce.  Wszystko to pozostaje w głowie na długo. 

Panopticon to obok  oscylującego wokół morskiej tematyki Oceanic najmocniejsza pozycja w dorobku grupy.  Sam koncept jest niezwykle trudny w odbiorze ale zarazem genialny, wyobrazmy sobie więzienie w którym więzniowie są poddawani ciągłym obserwacją, nie wiadomo jednak dokładnie przez co lub przez kogo, czy jest to siła wyższa, lub osoba.  Wszystko to bez wątpienia odnosi się także do obecnego  modelu społeczeństwa. Wyrazną inspiracją dla Aarona Turnera bez wątpienia był Jeremy Bentham ze swoją wizją „więzienia idealnego” oraz Michael Foucalt i jego słynny esej.
Album jest jednolity, poszczególne utwory tworzą jedną całość. Jak przystało na Isis główną rolę odgrywa tu klimat, atmosfera jest jednak nieco mniej przytłaczająca niż w wymienionym już Oceanic. Można nawet dojść do wniosku że gdzieniegdzie pada trochę światła i nadziei. Cały klimat budowany jest na ciężkich riffach które momentami cichną by zaraz znowu uderzyć  w nas ciężarem, utwory są dosyć przytłaczające, skupiają na sobie całą uwagę słuchacza, mimo „skupionych gitar” brzmienie jest dość uwypuklone także bez problemu słyszymy każdy instrument. Nie jest to łatwa muzyka, wymaga nieco cierpliwości oraz zrozumienia. Ale warto wsłuchać się w nią z uwagą, nagroda w postaci satysfakcji jest ogromna.  Zwłaszcza gdy pozwolimy by klimat nas „przeżuł i wypluł”

Wokal jest tu instrumentem pobocznym, ale nie można go nazwać ozdobnikiem gdyż dużą rolę odgrywają  także teksty. Czysty wokal Turnera zostaje tu często łamany przez krzyki oraz dość specyficzny Growl. Osobiście przypomina mi to wzajemną grę światła i mroku, jest to jednak zabieg niezwykle oszczędny, wszystko to sprawia że album jest jeszcze bardziej emocjonalny, nagrany z precyzją chirurgiczną. Skalpel Isis tnie ostro i głęboko. Bez dwóch zdań jest to dzieło „otwarte”, tajemnicze oraz z drugim dnem, podczas każdego odsłuchania możemy doszukać się czegoś nowego.  Album pozostawia nas z tym wszystkim, żadnych podpowiedzi nie uświadczymy. 

Dramaturgia albumu na pewno nie pozostawi nikogo obojętnym. Myślę że nawet niemożliwe jest przejście obok tego albumu bez jakiejkolwiek reakcji. Polecam przesłuchanie owego krążka ze słuchawkami na uszach w ciemnym pokoju, lub przy małej lampce, niezwykle klimatycznie jest także oddanie się Panopticon gdy nastaje świt. Godzinna huśtawka klimatu, złowrogiej aury oraz promyczków światła gwarantowana. Album idealny.  





Holy Tears

0 komentarze
Oto zajawka dotycząca kolejnego artysty. Tak w następnej kolejności zajmę się jednym z albumów ISIS, nie zdecydowałem jeszcze którym. Co wypada o nich wiedzieć? Przede wszystkim cholernie inteligentne teksty, liczne nawiązania filozoficzne, miażdżący klimat, jedyny w swoim rodzaju bezkompromisowy styl. O ich artyzmie niech świadczy fakt że rozwiązali w ubiegłym roku zespół u szczytu popularności z powodu, "osiągnięcia zamierzonych celów muzycznych". Panowie są także jednymi z ojców chrzestnych nowego gatunku muzycznego - Post-Metalu.


Nie warto więcej pisać. Oto jeden z ich utworów. Warto za to jak najbardziej zabrać się z nimi w muzyczną podróż. Bo potem nic już nie będzie wyglądało tak samo. To jeden z zespołów które odmieniły XXI wiek.




       
                                  TEKST
The walls may shift, slow descent chills the bones

His way may be lost, still he carries on

Always reaching for her, always breathing for her
Lifting his hands to the sky
So she might rain holy tears upon his battered skull

Holy tears

Her form transformed from ash to golden throne

Riverside - Out Of Myself

0 komentarze
Depresja, załamanie nerwowe, słabszy okres?  Każdy z nas niewątpliwie miał i będzie miał w swoim życiu gorsze chwile. „Out Of Myself” bez wątpienia właśnie owe chwile przypomina. Jak przystało na koncept album mamy tu zawartą historię która układa się w jedną całość. Album jest zarazem pierwszą częścią trylogii na którą składają się kolejne 2 albumy grupy. 

Obłędne koło losu, krążące nad nami niczym sęp. To najwłaściwsza refleksja która może nasunąć się po przesłuchaniu pierwszego numeru – The Same River.  12 minutowy utwór ociekający klimatem, pierwsza część to czyste instrumentalne arcydzieło, znakomity wokal Mariusza Dudy pojawia się dopiero w 2 części utworu.  Już tutaj nasuwają się na myśl lekkie skojarzenia z Pink Floyd. Zwłaszcza jeśli chodzi o budowanie klimatu i styl narracji. Przyznam zresztą że klimatycznie jest tu nieco podobnie do The Wall, bohater kreowany przez Riverside jednak nie do końca odcina się od świata, wręcz przeciwnie, chce wrócić do życia i podnieść się z dna. Nie jest to jednak łatwa droga.  Miejscami możemy zauważyć że podmiot  sam do końca nie potrafi określić czego chce, jest zagubiony w rzeczywistości która go otacza. Rzekę z pierwszego utworu można także interpretować jako „miłość” której bohater poszukuje, ale jednocześnie od niej ucieka, nie wiadomo dokładnie z jakiego powodu.  

Album został nagrany naprawdę doskonale, klimat wylewa się tu wiadrami, np. wstęp w „I Believe” zaczynający się od odgłosów wydawanych przez tłum ludzi, potem mamy krótki monolog i wchodzi gitara akustyczna zaczynając utwór.  Dużo tu melodii oraz melancholii które po prostu łapią za serce i przywołują różne wspomnienia.  Wielkie wrażenie robią zwłaszcza teksty, śmiało możemy utożsamiać się mimowolnie ze smutkiem i cierpieniem bohatera.  Nie wiem czy nie jest to jeden z najsmutniejszych albumów z jakimi miałem do czynienia. Na pewno pozostaje ogromna refleksja. 

Mamy tu także 2 kawałki instrumentalne przerywające historię  podczas których możemy zastanowić się spokojnie i przemyśleć pewne sprawy.  Do moich ulubionych kawałków należy „Loose Heart”, no po prostu te smyczki, ta solówka jest bezbłędna, do tego ten melodyjny tętniący od emocji wokal Mariusza.  Jak już wspomniałem podczas słuchania albumu często będzie nam w myślach latało Pink Floyd. Ale nie ma mowy o żadnym kopiowaniu, Riverside tworzą własny klimat i własną muzykę. Co ciekawe wokal Mariusza w kilku momentach zaskakuje, ale nie będę zdradzał szczegółów, najlepiej samemu to sprawdzić.  
Gdy już wciągniemy się na dobre w historię bohatera album się kończy niestety i to w sposób dość niejasny.  Zapewne miało to na celu utrzymanie ciekawości przed kolejną częścią trylogii. Nie dostajemy żadnych odpowiedzi,  w sumie nawet nie o to chodzi ważne są refleksje które album ma wywołać.

Co mnie napadło?
Nie mogę uwierzyć, ale twoje łzy są mi obojętne
Idę przez ciemność
Kolejny raz
Ale nie boję się już być sam

W mojej głowie jest smutek - ok
W mojej głowie jest mrok - ok
W mojej głowie krążą myśli - ok
Wszystko będzie... 


Bez dwóch zdań krążek ten można zaliczyć do czołówki muzyki progresywnej. Sporo tu ciekawych zagrywek, które z każdym przesłuchaniem albumu podobają się co raz bardziej. Album jest bardzo chwytliwy, dla mnie to żadna wada gdyż wszystko stoi na takim poziomie że trudno tu się do czegokolwiek doczepić. Polecam, zwłaszcza jeśli ktoś lubuje się w smutniejszych klimatach. Będzie co interpretować i o czym myśleć. Gwarantuję. 

A co o albumie napisał sam zespół? 

Wyobraźcie sobie również, że w tej historii nie istnieje happy end. Bo fakt, że wszyscy najbliżsi dookoła życzyli wam jak najlepiej i ogólnie "fajnie by było gdyby tym razem się udało", można sobie wsadzić głęboko. Znowu dostajecie od życia w mordę. Tym razem tak bardzo, aż zachłystujecie się własną krwią. Ponosicie klęskę po raz drugi. Klęskę sromotną i z hukiem. Klęskę, która zakrawa już nie tylko na kolejną depresję, ale raczej na jeden z tych momentów, kiedy to siedząc na podłodze z początkami choroby sierocej testujecie wzrokiem, czy stary poczciwy żyrandol nie oberwie się przypadkiem pod waszym ciężarem.
Wyobraźcie sobie na koniec, że nagle, ni stąd ni zowąd, całe to uczucie beznadziei i przygnębienia po prostu w was znika jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Tak zwyczajnie. Zupełnie jakby ta kolejna klęska zamiast was dobić - uzdrowiła. "Bach" i jesteście uwolnieni od tego "ja", które do tej pory nie pozwalało wam normalnie żyć. Czujecie, że jesteście w stanie zaakceptować swoje smutki i żale, i że w sumie może być wam z nimi całkiem dobrze. Czujecie, że nie straszne wam są kolejne porażki.
O tym jest ta płyta. O uwolnieniu się od swoich "czerni" i pogodzeniu się z nimi. O uwolnieniu się od siebie i... pogodzeniu się ze sobą. O czerpaniu siły z porażki. O zrozumieniu.


Pierwsze koty za płoty.

0 komentarze
Czasami będę tu wklejał po prostu ciekawe kawałki, by formuła tego miejsca nie była związana tylko z artykułami i tekstami. :)

Pozwólmy sobie odlecieć w kosmos razem z Tides From Nebula, z tego polskiego post-rockowego zespołu za kilka lat możemy być bardzo dumni, robią zawrotną karierę a w nagrywaniu ich nowego albumu palce maczał sam Zbigniew Preisner. Warto poznać i posłuchać.


Zdradzę jeszcze że pierwszy tekst który niedługo się tu pojawi będzie dotyczył debiutu zespołu Riverside "Out of Myself", jest to album na tyle piękny, smutny, chwytający za serce ale i klimatyczny że postanowiłem wybrać właśnie to.

Noise Swarm...

0 komentarze
Ostatnio przeszukiwałem internet w poszukiwaniach podobnych projektów, nie znalazłem prawie nic, oczywiście chodzi mi o polską przestrzeń. Nieco mnie to zmartwiło, myślę że muzyka którą chciałbym się tu zająć ma co raz większe grono zwolenników także w naszym kraju. Dlatego chciałem też coś dołożyć od siebie.

Nie zamierzam tu pisać recenzji, to mija się z celem, chciałbym tu pisać bardziej w sposób emocjonalny, skupiając się mniej na samej stronie technicznej muzyki. Przede wszystkim chciałbym wywalić tu moje uczucia które towarzyszą mi podczas słuchania muzyki. Nie zamierzam niczego dogłębnie analizować, od tego są już portale, czasopisma, ziny. Być może ktoś złapie się i podczas lektury tego bloga we wspaniałe sidła klimatycznej muzyki. Jeśli ktoś ma ochotę na współpracę, zapraszam. Jestem otwarty zarówno na współprowadzenie owego bloga jak i podsyłanie tekstów.

Mam nadzieję że będzie tu ciekawie i niezwykle klimatycznie. ;) Pozdrawiam i zapraszam do regularnego odwiedzania.